Wydawnictwo Poltext

Najlepsze źródło wiedzy

przejdź do koszyka

Twój koszyk

pusty

Strona główna»Recenzja

Newsletter

Nasi partnerzy

Recenzja

Zmysły dla zysku

Marketing sensoryczny w praktyce

Iwona Skowronek

Recenzja:

Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego w kasynie zawsze jest ciemno albo czemu przy niektórych fast foodach intensywnie pachnie jedzeniem? Analizowałeś fenomen IKEA lub Abercrombie & Fitch? A może zauważasz sensoryczne oddziaływanie marketingu na sobie albo na innych? Jeżeli na chociaż jedno pytanie odpowiedziałeś twierdząco, książka „Zmysły dla zysku. Marketing sensoryczny w praktyce” powinna sprawić Ci przyjemność. Czy ta pozycja zmieni Twoje życie? Prawdopodobnie nie, ale może się okazać ciekawą alternatywą dla kryminałów i romansideł, które chętnie czytamy w czasie urlopu albo codziennych podróży dom-praca-dom. 

Książka „Zmysły dla zysku. Marketing sensoryczny w praktyce” jest drugą publikacją napisaną przez Iwonę Skowronek. Ten wolumin specjalnie został napisany lekkim, nieakademickim językiem. Pojawia się pytanie, czy warto było przyjąć taką taktykę – w końcu książki są dla nas często albo jedną z „guilty pleasures” ( w wersji Harlekin), albo poważnymi pozycjami ? la vademecum. Jeżeli statystyczny Polak ma w domu jakieś książki, to najprawdopodobniej będzie to encyklopedia i/lub jakieś „czytadło”. Pozycja Skowronek znajduje się gdzieś pomiędzy wspomnianymi kategoriami. Mimo że pomysł na „lekką” książkę wydaje się ciekawy, to pojawiło mi się w głowie od razu czerwone światełko: „Dla kogo właściwie jest ta książka?”. Już na okładce możemy przeczytać, że grupą docelową jest KAŻDY. Ów fakt wydał mi się niepokojący, bo – jak znana prawda rzecze – dla każdego, czyli dla nikogo. Książka jednak się wybroniła, ale wszystko po kolei.

 

Publikacja Skowronek jest na pierwszy rzut oka pozycją przemyślaną i logicznie skonstruowaną. Autorka przyjęła konwencję przedstawiania dobrych praktyk marketingu sensorycznego według kategorii branżowych. Dzięki temu wolumin jest podzielony na takie rozdziały jak np.: „Turystyka”, „Linie lotnicze”, „Motoryzacja”, „Restauracje”, „Sektor finansowy”, „Słodycze” itd. Książka tym samym jest przejrzysta, a konkretne treści łatwe do odnalezienia. Pozytywnym faktem jest też to, że możemy ją czytać według pasującej nam kolejności, ponieważ każdy rozdział stanowi oddzielną całość. Dodam jeszcze, że rozdziały są dość krótkie, co ułatwia czytanie w mało komfortowych warunkach, np. podczas podróży.

Logiczny układ w zastanej formie ma jednak jeden minus – miałam wrażenie, że jest trochę sztucznie narzucony. Część rozdziałów omawia bardzo podobne przykłady, przez co można mieć wrażenie, że książka jest o niczym / wciąż o tym samym albo że była pisana na konkretną liczbę arkuszy. Bez problemu można byłoby w jednym miejscu omówić przykłady z branży hotelarskiej, turystycznej i restauracyjnej, dzięki czemu miałoby się poczucie całości, a nie nieustannego déj? vu. 

Merytorycznie książka mnie nie zachwyciła, ale od razu uprzedzę: także nie zawiodła. Na pewno nie jest to pozycja z etykietką „biblia marketera”, ponieważ nie zawiera w sobie usystematyzowanej wiedzy. Jednak, powiedzmy sobie szczerze, czy zawsze chcemy czerpać wiedzę z „poważnych” książek? Czasami zdobycie praktycznych informacji, wyniesionych z rozmów ze znajomymi, jest więcej warte, ponieważ forma anegdotki jest dla nas mniej wymagająca, a jednocześnie bardziej angażująca. Poza tym łatwiej zapamiętuje się pewne prawdy, przedstawione w formie opowieści o doświadczeniach innych ludzi, ponieważ zazwyczaj ktoś, kto opowiada, dzieli się wiedzą, która go zaciekawiła albo oburzyła – czyli taką, która wywarła emocje. Książka zresztą wielokrotnie przypomina o tym, że dzięki emocjom lepiej zapamiętujemy wszelkie przekazy.

Pozycja Skowronek, z uwagi na brak konkretnie zaprezentowanej wiedzy, wydaje mi się „nijaka”. Nie odpowiada na podstawowe pytania dotyczące szeroko pojętego marketingu, tylko tworzy takie wrażenie. Z jednej strony, jest to dobre, ponieważ nas inspiruje do działania. Z drugiej jednak pozostawia dużo miejsca na błądzenie i działania „po macoszemu”. Warto się więc zastanowić, czego oczekujemy od książki. Jeżeli zależy nam na przepisie na dobre wykorzystanie marketingu sensorycznego w swoim przedsiębiorstwie, to się zawiedziemy. Jeżeli nie mamy konkretnych wymagań, to na pewno uda nam się odnaleźć coś ciekawego w „Zmysłach dla zysku”.

W moim przypadku najcenniejszą wartością wyniesioną z lektury była właśnie inspiracja. Czytając książkę, miałam mnóstwo pomysłów na własne działania, ciągle oceniałam opisane i zilustrowane koncepcje jako dobre albo złe, nieustannie analizowałam, jak ja bym wykorzystała marketing sensoryczny w konkretnych przypadkach. Pozycja Skowronek mnie stymulowała, z czego się ogromnie cieszę, bo to miłe uczucie, które ciężko uzyskać poprzez książki – częściej „nakręcają” nas ludzie. Jednak tutaj też muszę się trochę „przyczepić” – inspiracja była, ale krótkotrwała. Może gdyby Skowronek opisała więcej niecodziennych i bardziej kreatywnych przykładów, motywacja do działania byłaby długofalowa?

Podsumowując, książkę polecam, ale jako lekturę „urlopowo-autobusową”. Warto ją przeczytać, ale trzeba wiedzieć, że jest to przykład marketingowego „czytadła”. Podobną wiedzę moglibyśmy posiąść surfując w internecie, jednak zajęłoby nam to o wiele więcej czasu, niż przeczytanie pozycji Skowronek i pewnie sprawiłoby mniej przyjemności. Książka ma jeszcze jeden wielki plus – jest książką. Po ośmiu godzinach pracy przy komputerze, miło jest odpocząć czytając książkę, a nie znowu buszując w sieci. Zwłaszcza, że wertując „Zmysły dla zysku” możemy się zainspirować i pobawić intelektualnie, co w efekcie nas dodatkowo zrelaksuje. To, że po jej przeczytaniu nie staniemy się alfą i omegą marketingu sensorycznego nie powinno mieć tutaj znaczenia. Pod warunkiem że wiemy, czego się spodziewać po tej pozycji.


Iwona Skowronek Marketer+
Przejdź do książki: Zmysły dla zysku