Wydawnictwo Poltext

Najlepsze źródło wiedzy

przejdź do koszyka

Twój koszyk

pusty

Strona główna»Recenzja

Newsletter

Nasi partnerzy

Recenzja

Solidarność w opozycji. Dziennik 1993-1997

tom 2

Waldemar Kuczyński

Recenzja:

Żer dla politologów
Rzadko kiedy zdarza nam się brać do ręki książkę, która jest nie tylko kopalnią faktów i anegdot, ale zarazem precyzyjnym, analitycznym spojrzeniem na dokonania własnego obozu politycznego. Pisanego nie z żądzą odwetu po wystąpieniu (wyrzuceniu) z partii, nie z chęcią wybielenia własnej roli i przedstawienia własnej motywacji. Kuczyński napisał kolejną książkę „dziennikowo-wspomnieniową”, od lektury której należałoby zaczynać studia nad polityką w opisywanej przezeń epoce. Tu uwaga samokrytyczna – mimo często zupełnie odmiennego stanowiska politycznego jestem od lat wielbicielem książek Kuczyńskiego. Począwszy od wydanego w połowie lat osiemdziesiątych „Obozu” przez „Zwierzenia zausznika” aż po ostatni – omawiany tu - tom.

Piszę o tym nie z potrzeby autoekspresji, ale po to, by uprzedzić czytelnika, który Kuczyńskiego – także jako autora dzienników nie trawi o swoim braku obiektywizmu w tej sprawie. Zresztą, wielu ludzi, z którymi „raczej się zgadzam” (by użyć formuły z badań demoskopijnych) – napisało książki wspomnieniowe tak nieprawdziwe na poziomie powieściowym, że nie ma po co do nich sięgać. Wszystko jest w nich sztuczne, schematyczne, skonstruowane na doraźną perswazyjną potrzebę. U Kuczyńskiego (z którym „raczej się nie zgadzam”) jest odwrotnie. Mam wrażenie, że powieściowy „rachunek prawdopodobieństwa” wypada tu całkiem nieźle zarówno gdy chodzi o wrogów, jak o przyjaciół, a nawet – co już naprawdę rzadkie – samego autora. Oczywiście wrogów od przyjaciół odróżniamy bez chwili zastanowienia, co sprawia, że nie mamy wątpliwości co do elementarnej autentyczności przedstawianych nam zwierzeń.

Każdy, kto czyta wspomnienia polityczne po to, by na chwilę zajrzeć za kulisy, dowiedzieć się czegoś nowego, ale także poczuć klimat opisywanego środowiska, jego emocje i spory – może po książkę Kuczyńskiego sięgnąć bez obawy o to, że zmarnuje czas konieczny na przebrnięcie przez 482 strony tekstu. Zresztą – może sobie zafundować przyjemność podwójną. Albowiem „Solidarność w opozycji” to w zasadzie ciąg dalszy poprzedniego tomu dziennika z lat 1989-1993, zatytułowanego „Solidarność u władzy”, wydanego przez Europejskie Centrum Solidarności  w roku 2010.

Trzeba jednak wyjaśnić, dlaczego chcę zwrócić na tę książkę uwagę czytelników portalu politologicznego – wszak mimo przypisów i wysiłku autora, by wszelkie opisywane wydarzenia miały sprawdzony kontekst historyczny, a nie były tylko kompilacją notatek i osobistej pamięci, nie jest to książka w żadnym wymiarze naukowa. Otóż pożytek, jaki każdy politolog odniesie z jej lektury jest oczywisty. Kuczyński dzięki opisowi ściśle personalnego wymiaru polityki, emocji i interesów, kształtujących politykę jednego z bardziej „intelektualnie” nastawionych do tego zajęcia środowisk, pozwala uchwycić kluczową dla badań politologicznych różnicę między schematami opartymi na założeniu idealnej racjonalności uczestników gry, a realiami opartymi na motywacjach, które bywają mało racjonalne.

Czytelnikom, którzy nie znają kontekstu działalności Kuczyńskiego wyjaśnijmy tylko, że zaglądamy za kulisy najsilniejszej wówczas partii opozycji parlamentarnej – Unii Wolności. Autor jest członkiem jej krajowych władz i stronnikiem odsuwanego powoli od władzy Tadeusza Mazowieckiego. W tle mamy obraz rządów koalicji SLD-PSL i prezydentury Wałęsy, rozbitą i niezdolną do współdziałania prawicę (pozaparlamentarną) oraz relatywnie słabe i mało pluralistyczne media. Jest to świat, w którym to, co napisała na pierwszej stronie „Gazeta Wyborcza” może ustąpić tylko pierwszej informacji telewizyjnych „Wiadomości”. Reszta mediów ma znaczenie drugorzędne. Nie ma ani TVN24, ani – w sferze politycznej – internetu.

Polityka poza schematem

Znaczenie książki Kuczyńskiego polega także na tym, że dość wiernie oddaje ona klimat połowy lat 90-tych, nie budując obrazu tamtych czasów według linii obecnego podziału politycznego. Dotyczy to szczególnie działań Lecha Wałęsy – zarówno gdy chodzi o ich kierunek i styl.

Wałęsa, który jest dziś traktowany jako swego rodzaju autorytet polityczno-moralny miał wyjątkowo zły – z tego punktu widzenia - okres w pierwszej połowie lat 90. Był politykiem brutalnym, dość otwarcie demonstrującym pogardę dla demokratycznych reguł gry. W przeprowadzonej latem 1993 rozmowie z Bogdanem Borusewiczem miał on przedstawić „dwuletni plan przejęcia pełni władzy, z zamiarem zawieszenia partii politycznych (bo się nie sprawdziły) i stworzenia partii prezydenckiej, która byłaby jedyną legalną siłą polityczną. Wojewodów zastąpiliby przedstawiciele prezydenta – tu jest wzór wzięty od Borysa Jelcyna” (str. 35). Wszystko jedno – z dzisiejszej perspektywy – czy Wałęsa zamierzał rzeczywiście ten scenariusz realizować czy też testował reakcję różnych osób (podobną rozmowę miał odbyć z liderem SLCh Józefem Śliszem), to fragment ten doskonale oddaje istotę ówczesnych relacji między prezydentem a elitą polityczną.

Relacji, których ostrości nie da się sprowadzić do partyjnych podziałów. W każdej niemal partii miał Wałęsa zdeklarowanych przeciwników i polityków skłonnych do kooperacji. Najbardziej drastycznym tego przykładem było Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, które wobec prezydenckiej kampanii 1995 roku nie zajęło do końca wspólnego stanowiska, kuszone przez grupę Henryka Goryszewskiego do współpracy z Belwederem. W Unii stanowisko kooperacji z Wałęsą przyjmowała prawa strona partii z Janem Rokitą na czele.

Kiedy zatem doszło do kolejnego wzrostu napięcia między prezydentem a Sejmem, po tak zwanym obiedzie drawskim, kiedy to grupa generałów podczas poligonu w Drawsku zaatakowała – za przyzwoleniem Wałęsy – ministra obrony narodowej admirała Piotra Kołodziejczyka, Unia znalazła się w trudnej sytuacji. Podczas spotkania jej klubu z prezydentem atakowano Wałęsę zarówno za inspirację generalskiego buntu, jak i za wcześniejsze działania – takie jak niezgodne z konstytucją odwołanie Marka Markiewicza z funkcji przewodniczącego KRRiT. Problem Unii polegał jednak na tym, że atakując Wałęsę wchodziło się – chcąc nie chcąc – w kooperację z koalicją SLD-PSL.

Do jeszcze poważniejszego kryzysu doszło, gdy Wałęsa rozpoczął działania zmierzające do rozwiązania Sejmu. Zdaniem Kuczyńskiego istota różnic wewnątrz Unii sprowadzała się do dylematu „skąd idzie największe zagrożenie: czy jest nim repeerelizacja, czy Wałęsa”. I dodaje od siebie: „ja tych zagrożeń nie stawiam na jednej płaszczyźnie – repeerelizacja to groźba wypaczenia demokracji. Wałęsa to groźba jej zniszczenia” (str. 219).

Kuczyński interesująco wyjaśnia swoje stanowisko, pisząc iż „niezgodne z Konstytucją rozwiązanie parlamentu, czyli jego rozpędzenie, nie jest tylko gwałtem na prawie, lecz ma swoją ‘socjologię’. Jeżeli się udaje oznacza, że zwolennicy demokracji są bezsilni i że siła jest po stronie gwałcicieli, a więc, że od tego momentu demokracja przestaje istnieć, nawet jeżeli zostają wszystkie jej pozory. Nie ma demokracji tam, gdzie siła jest po stronie jej przeciwników. Ustrój jest wtedy na ich łasce i niełasce” (str. 223). Cenne jest to, że z dzisiejszej zdecydowanej walki Wałęsy z Prawem i Sprawiedliwością Kuczyński nie czyni „okoliczności łagodzącej” i powodu by złagodzić twardą ocenę tamtej prezydentury.

Ale jest coś znacznie cenniejszego: analityczna zdolność wskazania istoty ówczesnego zagrożenia, umykającej wielu politologicznym opisom, nie wykraczającym w opisach Wałęsy poza ramy pojęciowe „stylu prezydentury”. Ktoś mógłby powiedzieć, że Wałęsa jedynie mówił „takie rzeczy”, ale nie posunął się do ich realizacji. Sądzę, że powstrzymały go od tego dwie rzeczy: brak sojuszników w realizacji takiej perspektywy politycznej (a Wałęsa jest politykiem zbyt dobrym by na taki bój wybierać się bez odpowiedniego poparcia) oraz wyraźny sprzeciw części elit, które postrzegał jako silne zarówno w wymiarze wpływów w kraju, jak i zdolności kreowania opinii o Polsce za granicą.

Jednak nawet ta antydemokratyczna retoryka, w połączeniu z zakulisowymi działaniami Kancelarii (nie koniecznie samego Wałęsy) przyczyniała się do psucia obyczajów w pierwszym, niezwykle istotnym okresie tworzenia reguł gry oraz psuła wizerunek obozu „solidarnościowego”, w stopniu, w jakim nie byli tego w stanie robić ani partyjni przywódcy, ani nawet wyjątkowo zepsuci posłowie drugiego szeregu.

Partie i ośrodki polityczne

Bo też partie polityczne tamtej epoki nie przypominają dzisiejszych. Dla kogoś, kto stawiałby sobie poważne politologiczne pytanie o ich naturę w okresie poprzedzającym hegemonię PiS i PO, analiza Unii Demokratycznej i Unii Wolności będzie z pewnością bardzo pouczająca. Będzie też pewną korektą przekonania, że złe obyczaje, słabość organizacyjna, czy kwestionowanie przywództwa to domena partii prawicowych.

Zacznijmy od kwestii fundamentalnej – struktury partyjnej UD i UW. Zdaniem Kuczyńskiego w Unii przez cały okres jej trwania funkcjonowało podwójne przywództwo – pierwszy jego ośrodek stanowił przewodniczący partii – Tadeusz Mazowiecki, drugi – „alternatywny, nieformalny układ przywódczy, z Suchocką jako parawanem raczej, za którą stoją Geremek, Rokita, także Kuroń i oczywiście Syryjczyk. (…) Ten alternatywny układ coraz bardziej spycha na margines Tadeusza” (str. 28). Ów dualizm jest leitmotivem całej książki. Kuczyński nie szczędzi zresztą krytyki Geremkowi także na poziomie charakterologicznym. „Bronek szczodrze obdarza wszystkich swoją nerwowością i rozlataniem, a zarazem ma obyczaje pruskiego sierżanta stawiającego współpracowników na baczność” (str. 45) . W innym miejscu pisze o tym, jak „Geremek – ku uciesze obecnych (wyrażonej wszelako bez głośnego śmiechu tylko półuśmieszkiem) – zajął w jednym wystąpieniu wszystkie stanowiska” (str. 214).

Ale na drobnych uszczypliwościach się nie kończy. Zrozumienie politycznej metody Geremka nie sprowadza się bowiem do analizy ludzkich słabości czy też – łatwego do przejrzenia a zarazem cechującego wielu polityków „asekuranctwa”. Istota tej metody sprowadza się przede wszystkim do umyślnej gry pozorów. „Wielki błąd – pisze Kuczyński – popełniłby ten, kto o poglądach i działaniach Geremka sądziłby  na podstawie tego, co robił na scenie” (str. 294). Wspominam o tym nie dlatego, by wypowiedzieć jakąś moralizatorską puentę, ale by uwrażliwić kolegów-badaczy na to, co w sensie warsztatowym najczęściej nam umyka. By stwierdzić, że jakiś polityk opowiada się za danym rozwiązaniem poprzestajemy często na jakimś banalnym cytacie, nie analizując rzeczywistego działania. Co więcej, gdy dostrzeżemy sprzeczność między jednym a drugim, poprzestajemy na konstatacji, iż takie działanie jest etycznie niewłaściwe.

Obawiam się, że tak rozumiana politologia gubi zdolność rozumienia polityki. Także jako gry pozorów, gry polegającej na wprowadzaniu przeciwnika w błąd, maskowaniu własnych zamiarów. Jeżeli Geremek był mistrzem takiej gry, to dzisiejsze budowanie mu pomnika „moralnego autorytetu” przez jednych, a demaskowanie „cynicznej postawy” przez innych jest nie tylko niesprawiedliwe wobec Geremka, ale – co chyba gorsze – czyni nas samych głupszymi i niezdolnymi do adekwatnego opisu politycznej rywalizacji. Oczywiście przydałoby się w tym momencie świadectwo drugiej strony – krytycznie analizujące działania Tadeusza Mazowieckiego, ale nic – także w książce Kuczyńskiego – nie sprawia, byśmy tę rywalizację o przywództwo postrzegali w kategoriach walki dobra ze złem.

Niezwykle ciekawe są też kulisy walki o przywództwo, jaką podjęto wczesną wiosną 1995 roku, próbując odsunąć Mazowieckiego od władzy w partii. Jego kontrkandydatem został wówczas Leszek Balcerowicz, a z pieczołowitej rekonstrukcji Kuczyńskiego wynika, iż wspierała go – po cichu lub otwarcie – szeroka koalicja z Bronisławem Geremkiem, Władysławem Frasyniukiem, Aleksandrem Smolarem. Gdy doszło do konfrontacji obu stron podczas posiedzenia prezydium Geremek stwierdził, iż nie dał podstaw do takiego przypuszczenia. „Znów cisza – pisze Kuczyński – tylko telepatycznie słychać jak w głowach obecnych pracują kandydatury i wychodzi wynik: siedzieć cicho, póki co”. (str. 257). Zdanie godne nominacji do nagrody „Nike”. Nominacji mało prawdopodobnej, gdy przeczyta się co na temat promującej tę nagrodę gazety ma do powiedzenia Kuczyński.

Świat „jednej Gazety”

Jest to w znacznej mierze rzecz zaskakująca. Przyzwyczailiśmy się bowiem do tego, że prawica ma obsesję „Gazety Wyborczej”. Od zawsze. Mają ją na prawicy ci, którzy zaraz po przeczytaniu kolejnego numeru piszą pryncypialne polemiki i ci, którzy dbają o to, by nie być nadmiernie krytykowani na jej łamach. Ci, którym „Gazeta” posłużyła za sposób łatania wybrakowanej tożsamości – wszak wystarczy być po prostu przeciwko linii Michnika, i ci, którzy pozwolili by ich prawicowość została skorygowana tak, by zostać uznanym za „prawicę europejską” i w zasadzie „racjonalną”. Ale poza drobnymi uszczypliwościami w rodzaju zdania Mazowieckiego, iż widział już wiele partii, które miały swoje gazety, ale nie widział jeszcze gazety, która tak bardzo chciałaby mieć swoją partię, nie spotkaliśmy w środowisku Unii tak gorzkich słów w odniesieniu do sprzyjającego jej – przynajmniej w obiegowej opinii - dziennika.

„Kiedy się krytykuje ‘Gazetę Wyborczą’ za to, że zrobiła głupstwo, to zwykle z oburzeniem odrzucane są zarzuty, że ‘Gazeta’ manipuluje opinią publiczną, mając z góry przyjętą linię. Krytykowany fakt przypisuje się widzimisię dziennikarza, który tego dnia kierował wydaniem ‘Gazety’. Jest to część prawdy, a druga część prawdy to sterowanie Adama nadające kierunek generalny, ale często idące w szczegóły, łącznie z tym, kogo w ‘Gazecie’ eksponować a kogo pomijać”. I Kuczyński przytacza opowiadanie jak „Adam ustawiał dziennikarzy ‘Gazety’ w jednolitym froncie walki o prezydenturę dla Jacka. Wydźwięk był mniej więcej taki – powinniście być w tej sprawie obiektywni, pod warunkiem, że będzie to na korzyść Kuronia” (str. 211). Jest zatem jasne, że na rolę gazety warto spojrzeć bardziej uważnie niż to się zwykle czyni i dostrzec bardziej subtelną grę  jaką prowadziła ona w latach 90-tych w obrębie środowisk uznawanych za jej najbliższe otoczenie. W tym na czysto personalny wymiar rywalizacji w homogenicznym tylko na pozór środowisku.

Warto pamiętać, że „Gazeta” w połowie lat 90-tych jest medium bez porównania silniejszym niż po 2003 roku. Dla świata polityki i warszawskich elit intelektualnych i biznesowych jest „alfą i omegą”, wyznacznikiem tego co ważne i słuszne, a także – kto jest najlepszym tego co ważne i słuszne przedstawicielem. Ta rola prowokowała zresztą prawicową część elit intelektualnych do ostrego sprzeciwu wobec hegemonii „Gazety” – znowu nie przypominającego tego, z czym mamy do czynienia dziś. To jednak całkiem już inna historia.

Kuczyński nie posiada bowiem nawet cienia empatii w stosunku do prawicowych krytyk Trzeciej Rzeczpospolitej i jej ładu. Nie próbuje jednak chować pod dywan faktów, które mogą dopomóc w budowaniu takiej krytycznej wizji ówczesnej polityki. Dopóki na półkach nie staną podobne publikacje na temat KLD i ZChN, SLD i PSL, czy Unii Pracy i Porozumienia Centrum, dopóki nie poznamy podobnych tekstów pisanych z wnętrza dzisiejszych najsilniejszych partii, będę chwalił Kuczyńskiego za bezprecedensową w polskim życiu politycznym i intelektualnym rzetelność i odwagę. Nawet jeżeli poziom rozbieżności naszych diagnoz współczesnych politycznych przekroczy dzisiejszy i tak wysoki poziom.

Rafał Matyja
portal Nowa Politologia (www.nowapolitologia.pl)
Przejdź do książki: Solidarność w opozycji. Dziennik 1993-1997