Wydawnictwo Poltext

Najlepsze źródło wiedzy

Strona główna»Recenzja

Newsletter

Nasi partnerzy

Recenzja

Po wielkim skoku

Waldemar Kuczyński, wstęp Leszek Balcerowicz

Recenzja:

Polowanie na papier toaletowy i odrzuty z eksportu, kartki na mięso, i wreszcie namiętnie pożądane bony do pewexu - to historia nie tak odległa. W tę przeszłość, dla starszych - lata młodości, dla młodszych - prehistorię trudną do ogarnięcia rozumem, przenosi nas wznowiona po 32 latach książka Waldemara Kuczyńskiego "Po wielkim skoku".

Dziś mądrych jest bez liku, a odważnych jeszcze więcej. Ale za Gierka i jednych, i drugich było jakby mniej. Jednym z mądrych i odważnych zarazem był właśnie Kuczyński, ekonomista wyrzucony w 1968 roku z partii i uczelni, którego książka "Po wielkim skoku" ukazała się początkowo w 1980 roku w nielegalnym obiegu. Kilka tygodni temu, czyli po 32 latach od premiery, doczekała się wznowienia.

Jak pisze na okładce Andrzej K. Koźmiński, książka Kuczyńskiego, w 1989 roku szefa doradców premiera Tadeusza Mazowieckiego, była pierwszą pogłębioną analizą ekonomicznej klęski ekipy Edwarda Gierka. Leszek Balcerowicz pisze we wstępie, że praca Kuczyńskiego nie tylko rozbija rozmaite mity, ale pokazuje gigantyczne marnotrawstwo realnego socjalizmu.

Gdy siermiężnego Gomułkę zastąpił po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku skory do zaciągania długów Gierek, nastąpić miał skok cywilizacyjny ukoronowany inwestycyjnymi żniwami. Kuczyński pokazuje nie tylko pułapki centralnego planowania, ale także do jakich spustoszeń prowadzić może woluntaryzm decyzyjny chroniony przed krytyką naturą systemu. Iluzje prysły prędko.

W połowie dekady na randkę dziewczynie można było przynieść tabliczkę szwajcarskiej czekolady, wcześniej w normalnym sklepie niedostępnej, pojawił się Fiat 126p, kupiliśmy licencję na sztucera. Kilka lat później trzeba się było przyzwyczaić do widoku półek ozdobionych wyłącznie butelkami octu. Obiecane żniwa inwestycyjne nie nadeszły, za to nadeszły zapaść i bankructwo. Za błędy, zaniedbania i arogancję władzy tamtej dekady zapłaciliśmy wysoką cenę. Płacimy nadal i będziemy płacić jeszcze długie lata.

O ile za Gomułki mogliśmy się zasłaniać brakiem dostępu do kredytów i światowej technologii, o tyle Gierka fetowano na światowych salonach, a bankierzy zachodni pukali do drzwi ministra finansów do samego końca. Woluntaryzm rządzących nie uwzględniał przestróg, jakie tu i ówdzie się pojawiały, choć akurat, co podkreśla Kuczyński, środowisko ekonomistów nie zdobyło się na stanowcze wystąpienie, a władze bardzo szybko uwierzyły zarówno w swą misję, jak i nieomylność. Oficjalna propaganda wyspecjalizowała się w produkcji tłumaczenia kolejnych porażek.

Kuczyński demaskuje na przykładzie tamtych lat, co w praktyce oznacza, że kiepskiej baletnicy nawet rąbek u spódnicy przeszkadza. I tak w myśl zapewnień kierownictwa państwa nasze rolnictwo dręczył uparcie nieprzyjazny klimat - za mało deszczu, za dużo deszczu, deszcz nie wtedy, gdy trzeba, albo dekoniunktura na Zachodzie. Tymczasem - pokazywał autor - w latach 1974-75 byliśmy beneficjentem "boomu węglowego" - przychody z eksportu węgla rosły rocznie średnio o 60 proc. Zarabialiśmy na tym, że ceny w imporcie albo rosły wolniej niż w eksporcie, albo - w okresie dekoniunktury - spadały szybciej niż w naszym eksporcie. W sumie tzw. terms of trade były w latach 1971-77 korzystne dla Polski.

Porażka "wielkiego skoku"

Cóż z tego, że kosztem rosnącego szybko zadłużenia krajowy aparat produkcyjny został zmodernizowany, skoro często stał bezczynnie, bo albo brakowało uszczelki, albo surowca, albo w planach nie uwzględniono jego istnienia, a centrum niechętnie wypuszczało z rąk kontrolę nad większością decyzji, co, ile i jak wytwarzać.

Kilkakrotnie przymierzano się do zmian modelowych i większej decentralizacji. Przymiarki te towarzyszyły jednak zwykle kolejnym zakrętom i trudnościom, traktowano je w centrum jak zło konieczne i gdy tylko presja zelżała, obawa o skutki decentralizacji brała górę nad nieśmiałymi zapędami reformatorskimi.

Jak pisze sarkastycznie Kuczyński, czyż można było budowę drugiej Polski "puścić na żywioł"?

Choć bez ustanku mówiono o mankamentach rozdrobnienia na polskiej wsi, to wiele decyzji okresu gierkowskiego utrwalało istniejący tradycyjny model gospodarki chłopskiej. Dominowały techniki mało wydajne, a jednocześnie bardzo mozolne. Miliardy wydane na modernizację przemysłu nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Wyroby produkowane na podstawie świeżo zakupionych licencji stanowiły drobny ułamek eksportu, zbudowaliśmy natomiast bardzo importochłonną strukturę gospodarki (co zemściło się później, gdy trudniej było o kredyty).

Analizując przyczyny porażki dekady "wielkiego skoku", Kuczyński pisał wiele, bez zacietrzewienia, o roli samego Gierka, człowieka, którego cała biografia polityczna związana była z gospodarką. Jako szef partii na Śląsku słynął jako gospodarz dbający o interesy województwa. Pracował w warunkach formujących poczucie mocy i pewności siebie, przekonania, że jak się czegoś bardzo chce, to się to wywalczy.

"Te doświadczenia zdobyte i sprawdzone pod szczytem hierarchii - pisał Kuczyński w 1979 roku - okazały się zdradliwe na szczycie. Przesunęły niebezpiecznie - dzięki autorytetowi, jaki w naszym systemie ma I sekretarz partii - akcenty w polityce gospodarczej od równowagi ku wzrostowi, od troski, jak spłacać długi, do troski, jak zdobyć kredyty, od nastawienia na oddawanie do nastawienia na zdobywanie środków".

Gdy śmiałość zmienia się w arogancję

W przeciwieństwie do Gomułki, który doszedł do władzy w atmosferze entuzjazmu i nadziei, i któremu początkowo śpiewano spontanicznie "Sto lat", Gierka do władzy wyniosła tragedia na Wybrzeżu, "Sto lat" tłumy z serca mu nie śpiewały, wkrótce po objęciu władzy jego ekipa musiała obciąć ceny, więc dążąc do zyskania społecznej aprobaty, zabrała się do operacji ryzykownych, bez oglądania się na koszt. Dewiza "śmiałość i sukcesy" szybko zaowocowała arogancją i efekciarstwem. Władza utraciła kontrolę nad sytuacją nie dlatego, że brakowało jej informacji, ale dlatego, że nałożyła różowe okulary.

„Władza niepoddana społecznej kontroli odrywa się od rzeczywistości bez niczyjej pomocy” - pisał Kuczyński. O tym, w jakim stopniu, decydują kwalifikacje rządzących, ich zdolność dostrzegania współzależności w gospodarce, reagowania na zmiany, do samoobrony przed nadmierną pewnością siebie.

„W Polsce niestety - pisał - żadna z ekip rządzących po wojnie nie potrafiła się tego nauczyć. Dlatego, między innymi, zamiast rozsądku i umiaru, decyzjami władz tak często -rządziły u nas skrajności - euforia lub pesymizm - popychające do szukania cudownych, »jedynie słusznych « środków”. Sam Duch Święty z placu Zwycięstwa rady by nie dał W wydanej właśnie książce oryginalny tekst Kuczyńskiego uzupełnia aneks obrazujący zarówno atmosferę, jak i świadectwa wielkiego zwrotu w 1990 roku, czyli tzw. reformy Balcerowicza, stanowiska ekspertów zagranicznych oceniających początki przemian gospodarczych przedstawione polskiemu premierowi w końcu kwietnia 1990 roku, a także notatkę przygotowaną przez Kuczyńskiego dla Michaiła Gorbaczowa o pierwszych skutkach polskich reform.

Kuczyński pisał „Po wielkim skoku” głównie dla nieekonomistów. I stała się dla nich źródłem niezłej edukacji. Przeczytał ją wiele lat temu Mazowiecki. Przyznał, że była to pierwsza książka ekonomisty, którą zrozumiał. „Bez tej książki nie byłoby mnie obok Mazowieckiego w stoczni, w »Tygodniku Solidarność«, pewno też i w obozie internowanych” - pisze Kuczyński.

Bez tej książki inaczej, zapewne, potoczyłaby się polska transformacja. W posłowiu Kuczyński zestawia kryzys epoki Gierka z tąpnięciem naszej gospodarki tuż po przełomie ustrojowym. "Tak zwany kryzys transformacyjny po 1989 roku, mierzony skalą i czasem spadku PKB, towarzyszący każdemu krajowi odchodzącemu od komunizmu, był płytki i krótszy, a ponadto od strony ekonomicznej bez porównania bardziej twórczy od całkiem jałowego kryzysu gierkizmu. Tamten kryzys gospodarki nie uzdrawiał. Jest on natomiast, bez wątpienia, jednym z demiurgów naszej dzisiejszej wolności, bo bez tamtego załamania nie byłoby solidarnościowej epopei i wszystkiego, co ona za sobą pociągnęła. Sam Duch Święty z placu Zwycięstwa rady by nie dał".

Ma jednak "Po wielkim skoku" także stronę korespondującą z lękiem dzisiejszego czasu, i to nie tyle polskim, ile europejskim. Z lękiem przed katastrofą nadmiernego zadłużenia, która wisi nad Europą w tym 2012 roku. Książka opisuje właśnie taką katastrofę spowodowaną przez tych, którzy pożyczają, bez solidnej wiedzy, ile potrafią zwrócić, i tych, którzy dają pożyczki bez solidnego sprawdzenia, czy dostaną pieniądze z powrotem.

Andrzej Lubowski
Gazeta Wyborcza
Przejdź do książki: Po wielkim skoku